Urazy bojowe na wojnie Ukraina

Jak dostarczyć szpital do rannego? Sugestie zmian w zabezpieczeniu medycznym

Gen. Grzegorz Gielerak, dyrektor Wojskowego Instytutu Medycznego, nawołuje do fundamentalnej zmiany na zdronizowanym polu walki. Nowa architektura przetrwania wymusza, aby  szpitale polowe “zeszły pod ziemię”.

Ponad połowa żołnierzy poległych na froncie zmarła w wyniku ran, które początkowo nie były śmiertelne. Skalę tego dramatu najlepiej obrazuje proporcja rannych do zabitych: wynosi ona 2:1 po stronie rosyjskiej i 5:1 po stronie ukraińskiej. Tych różnic nie tłumaczy jedynie rodzaj arsenału czy liczebność armii. Wynikają one z systemowego zaniechania – przeoczenia nowego porządku pola walki. Dziś o przeżyciu rannych nie decyduje już odległość od szpitala, lecz to, czy właściwa pomoc dotrze do nich, zanim obrażenia staną się nieodwracalne.

Przez ostatnie dwieście lat to ranny szukał drogi do szpitala. W środowisku zdominowanym przez drony to pytanie się odwraca: jak dostarczyć szpital do rannego? Sformułowanie to nie jest jedynie metaforą publicystyczną – wyznacza ono punkt wyjścia dla nowej organizacji zabezpieczenia medycznego.

Przyczyna tej zmiany ma charakter strukturalny. Trzy fundamenty doktryny budowanej podczas konfliktów w Iraku i Afganistanie przestały obowiązywać jednocześnie:

  • pełna dominacja w powietrzu,

  • drożność tras ewakuacji,

  • bezpieczeństwo infrastruktury sanitarnej.

„Atrybut demaskujący”

Drony FPV oraz platformy sterowane światłowodowo rozszerzyły strefę rażenia do 40–70 km za linią styczności wojsk. Przez dwa wieki stała lokalizacja była atrybutem ochronnym placówki medycznej; dziś stała się czynnikiem ułatwiającym jej wykrycie i zniszczenie. W efekcie klasyczny punkt stabilizacji znika z powierzchni, a stanowisko chirurgiczne musi zostać ukryte głęboko pod ziemią. Role pacjenta i szpitala uległy zamianie.

Obecna sytuacja wymusza zmianę układu odniesienia. Dawniej szpital był punktem stałym, do którego zmierzał poszkodowany. Dziś, pozostając w jednym miejscu, placówka staje się biernym obserwatorem zdarzeń rozgrywających się poza jej zasięgiem. Choć obraz z powietrza dociera do medyków natychmiast, sama interwencja postępuje znacznie wolniej. Między jednym a drugim otwiera się tragiczna przestrzeń: miejsce, w którym ranny żołnierz jest doskonale widoczny dla operatorów, ale pozostaje poza zasięgiem skutecznej pomocy.

Rachunek, którego nie chcemy płacić

Aby zamknąć ten dystans, musimy skrócić „ramię interwencji”. Wymaga to:

  1. Zdecentralizowania zasobów medycznych.

  2. Przesunięcia modułów ratunkowych bezpośrednio na linię frontu.

  3. Wprowadzenia autonomicznych platform ewakuacyjnych.

Polska wydaje obecnie na obronność 4,7% PKB. Pytanie, przed którym stoimy, ma zatem charakter organizacyjny, a nie finansowy: czy zdążymy przebudować architekturę zabezpieczenia medycznego, zanim pierwszy tydzień realnego konfliktu wystawi nam rachunek? Rachunek liczony w tysiącach żołnierzy, którzy zginęli tylko dlatego, że pomoc nie dotarła do nich na czas, choć ich rany pierwotnie nie zagrażały życiu.

Każda sekunda do zaopatrzenia rany przekłada się bezpośrednio na szansę przeżycia, a tym samym – na szansę zwycięstwa. Świadomość dostępności profesjonalnej opieki medycznej wzmacnia morale, utrwala zdolność adaptacyjną i podnosi wolę walki opierając się na prostym, brutalnie prawdziwym równaniu: „sekundy do pierwszego opatrunku = szansa na przeżycie = szansa na zwycięstwo”

Autor: gen. broni prof. dr hab. n. med. Grzegorz Gielerak,  x.com/GGielerak/


Jako uzupełnienie artykułu polecam lekturę książek (TCCC, PFC):

Nowość: Pierwsza pomoc - w przypadku krwotoku i zranień

Ofensywa Blog